Tolkien kontra komuna: Jak Władca Pierścieni rozpalił bunt w polskim fandomie – wspomnienia Grzegorza Szczepaniaka

Kiedy pierwszy raz zetknąłeś się z twórczością J.R.R. Tolkiena? Jakie było twoje pierwsze wrażenie po przeczytaniu „Władcy Pierścieni” i jak zmieniło się ono na przestrzeni lat?
Po raz pierwszy usłyszałem o Tolkienie i Władcy pierścieni jesienią 1985 roku w wieku 13 lat. W nadawanym wówczas w sobotnie ranki telewizyjnym programie dla dzieci i młodzieży „Drops” pojawił się Jacek Rodek i to on zaprezentował tę powieść. Nie pamiętam, jakich użył wówczas argumentów i czy nie większe wrażenie wywarły na mnie rozmiary tych trzech tomów oraz obwoluty Jerzego Czerniawskiego, ale już w poniedziałek pobiegłem na długiej przerwie do szkolnej biblioteki, żeby tę powieść wypożyczyć. Oczywiście mi się ta sztuka nie udała, a ubiegł mnie kolega z klasy, który też oglądał ten odcinek „Dropsa”. Musiałem się wówczas zadowolić Rudym Dżilem…, a po Władcę… ustawiłem się, kiedy ów kolega oddawał Wyprawę.
Ta pierwsza lektura zajęła mi niemal cały rok szkolny, bo w tzw. międzyczasie wypadłem z kolejki (mieliśmy taką własną listę kolejkową, bo sława Władcy zataczała coraz szersze kręgi w naszej klasowej paczce i każdy chciał tę powieść przeczytać) i na Powrót Króla musiałem czekać dodatkowy miesiąc.
Tak intensywnych doznań w trakcie czytania książki nie doświadczyłem ani wcześniej, ani już nigdy później. To było coś na miarę euforii, napędzanej dodatkowo wspólnym przeżywaniem i komentowaniem przeczytanych fragmentów w gronie najbliższych kolegów. Co bardzo ważne – był to okres tuż po stanie wojennym, a moje uczucia dla komuny wówczas, jak i dla wszelakich marksistów do dzisiaj, nie są życzliwe. U Tolkiena odnalazłem nadzieję na to, że opresyjny system, który panował wówczas nad Polską, da się pokonać i że wcale nie potrzeba do tego wielkich wojowników.
Reasumując: była to lektura formacyjna, która ukształtowała mnie na całe życie: utwierdziła mój światopogląd, zbudowała moje poczucie estetyki oraz objawiła przede mną konwencję literacką, która najsilniej na mnie oddziaływała. Władca… był pierwszą dorosłą lekturą, po którą sięgnąłem z własnej woli i na zawsze zakreślił przede mną horyzont literackich oczekiwań. Co więcej, zawdzięczam Tolkienowi także i to, że zostałem fanem zrzeszonym, magistrem filologii polskiej, redaktorem, edytorem i krytykiem, szefem działu wydawniczego Gdańskiego Klubu Fantastyki, a w pewnym okresie także współpracownikiem „Nowej Fantastyki” oraz kilku innych literackich pism w Polsce.
Co najbardziej urzekło cię w świecie Profesora Tolkiena i czy nadal do niego wracasz? Czy masz swojego ulubionego bohatera z książek (lub ulubioną książkę)?
Ja zakochałem się w Śródziemiu, bo to był kompletny, samowystarczalny literacki świat z własną kosmologią, historią, geografią i językami, który wręcz domagał się studiowania. W czasie tej swojej pierwszej lektury z równymi wypiekami czytałem sześcioksiąg, jak i Dodatki, a potem z takim samym entuzjazmem pochłaniałem Silmarillion. Nigdy też nie odczuwałem potrzeby, by wykrawać sobie z Ardy jakiejś dziedziny, do której najchętniej bym wracał czy utożsamiać się z konkretnym bohaterem czy rasą. Zresztą już jeden z pierwszych polskich badaczy Tolkiena – Piotr Kuncewicz zatytułował swój esej poświęcony Władcy… Tolkien czyli świat, dostrzegając, że nie ma w tej powieści żadnej postaci, która by aspirowała do roli głównego bohatera, a tak naprawdę jest nim… Śródziemie. Gdybym jednak musiał się jakoś określić, to postawiłbym na Fangorn i Entów. Prowadziliśmy kiedyś w klubie rozgrywki w piłkarzyki i razem z kolegą stworzyliśmy zespół o nazwie Fangorn – on grał linią pomocy i napadu, więc przyjął pseudonim Żwawiec, a ja byłem Drzewcem, bo operowałem obrońcami i bramkarzem 😉
Do Tolkiena wracam cały czas, nie tylko zresztą do jego prozy czy tekstów naukowych (O baśniach to prawdziwy manifest fantasy, który był podstawą mojej pracy magisterskiej, Potwory i krytycy zawiera opis metody badawczej, której pozostaję wierny do dzisiaj), ale również do opracowań na temat jego twórczości czy biografii.
Możesz opowiedzieć o historii Klubu Fantastyki Angmar? (Kiedy powstał, jak się rozwijał, czym się wyróżniał w ramach GKF, jaka była jego rola w promowaniu fantasy i Tolkiena?)
Klub Fantastyki (a w pewnym okresie nawet Klub Fantasy) Angmar powstał pod koniec roku 1990 w wyniku połączenia dwóch tzw. klubów lokalnych wchodzących w skład federacji Gdański Klub Fantastyki. W dobie transformacji ustrojowej osiedlowe domy kultury, chyba nie tylko na terenie Trójmiasta, szukały środków na opłacenie stale rosnących czynszów i stało się tak, że Klub Fantastyki Gateway, który działał w naprawdę fajnej miejscówce na Zaspie, został zmuszony do szukania nowego lokalu, bo na płacenie nowych stawek nie było go stać. Tak się złożyło, że na sąsiednim Przymorzu działał KF Galactica (byłem jego członkiem). Szefostwo GKF, które podówczas wywodziło się głównie z Galaktiki, wpadło na pomysł, żeby połączyć oba te kluby (akurat dopływ świeżej Gatewayowskiej krwi do zdecydowanie kadrowej Galaktiki była bardzo pożądana). W wyniku fuzji powstała jednostka, dla której trzeba było stworzyć nową tożsamość. W wyniku lobbowania mojego i paru jeszcze kolegów, przekonaliśmy większość członków, że warto postawić na Tolkiena i fantasy. Wybór nazwy nie nastąpił w trakcie pierwszego zebrania zjednoczeniowego, ale w końcu znaleźliśmy consensus pod postacią Angmaru.
Na początku, a trzeba dodać, że byliśmy wówczas głównie uczniami szkół średnich, niektórzy zaś jeszcze podstawowych (z jednym Studentem na pokładzie), mieliśmy ambitne plany zawojowania świata i rozniecenia Tolkienowskiej rewolucji w całym polskim fandomie. Stworzyliśmy własną nomenklaturę stanowisk – prezes nosił miano Czarnoksiężnika, wiceprezes Arcykapłana, powołaliśmy do życia fanzin o nazwie „Dragon Helm”, wymalowaliśmy Nieśmiertelny Sztandar, z którym udaliśmy się na Eurocon do Krakowa (niestety postradaliśmy go w bliżej nieokreślonych okolicznościach pół roku później na Nordconie w Jelitkowie) oraz wymyśliliśmy hymn klubu, który składał się z jednego słowa – jego nazwy – śpiewanego na melodię hymnu Stanów Zjednoczonych. Słowem, robiliśmy wokół siebie trochę zamieszania i nawet w tym Krakowie podpadliśmy jakiejś Angielce, kiedy spacerowaliśmy z naszym sztandarem wokół pomnika Mickiewicza, skandując Mickiewicz do domu! Zwymyślała nas za ten napis Angmar, choć z uśmiechem na ustach. Ze wszystkich tych elementów przetrwał jedynie hymn, który wykonujemy przy różnych, nie tylko toastowych, okazjach, sam zaś Angmar – po ostatnich zmianach strukturalnych GKF – stracił status samodzielnego klubu i właściwie nie prowadzi już żadnej działalności.
Promowaniem idei tolkienowskich miał się zajmować głównie nasz fanzin. Bardzo szybko się jednak okazało, że niezwykle trudno jest zebrać materiały o tolkienowskim charakterze, musieliśmy się posiłkować innymi, a wydawanie jednego numeru w roku to było wszystko, na co było nas stać. W 1999 roku zamknęliśmy ten projekt, ale opublikowaliśmy w tych ośmiu numerach kilka całkiem ciekawych tekstów poświęconych twórczości Tolkiena i nią inspirowanych (w tym moje tłumaczenie fragmentu opowiadania z Niedokończonych opowieści), więc nie były to zupełnie stracone zachody miłości (i młodości).
Jakie magazyny i czasopisma najbardziej wpłynęły na twój światopogląd literacki? Czy były wśród nich teksty, artykuły lub numery poświęcone Tolkienowi?
Jak każdy fan w Polsce po roku 1982 zaczynałem od „Fantastyki”, ale pierwszy numer tego miesięcznika udało mi się kupić w kiosku bodajże dopiero w 1988 roku. Tak naprawdę gromadziłem „Fantastykę”, penetrując antykwariaty w poszukiwaniu numerów, o których wiedziałem z publikowanych spisów treści czy też przypisów w czytanych tekstach krytycznych, że były tam opowiadania czy powieści do samodzielnego złożenia z zakresu fantasy. Jak już wspomniałem – fascynacja Tolkienem przerodziła się u mnie w słabość do całej fantasy, a tego typu produkcji było wówczas w Polsce jak na lekarstwo. W jednym z tych znalezionych po wielu latach numerów (z lutego 1985) natknąłem się na opowiadanie Tolkiena Liść, dzieło Niggle’a – nie będę ukrywał, że wówczas go nie zrozumiałem. Ale był tam też genialny, w ogóle jeden z najlepszych w dziejach naszej tolkienistyki, szkic Krzysztofa Sokołowskiego Fenomen Tolkiena. Był to bodajże pierwszy esej, który przeczytałem w swoim życiu i dzięki któremu uświadomiłem sobie, że po tego typu teksty także warto sięgać – wcześniej bowiem skupiałem się głównie na prozie.
Kiedy zacząłem chodzić do Technikum Mechaniczno-Elektrycznego przy CKUMiE w Gdańsku (od września 1987), moim rytuałem stało się odwiedzanie księgarń w centrum miasta w poszukiwaniu ulubionych książek (na mojej Żabiance była tylko jedna przeciętnie zaopatrzona księgarnia). W ten sposób natknąłem się, już będąc członkiem GKF (zapisałem się do klubu w 1989 roku) na stare numery PSMF-owskiego „Feniksa” (które trafiły wówczas do sprzedaży po likwidacji jakichś hurtowni czy magazynów), a w nich na tłumaczenie Aldariona i Erendis. Opowieści o żonie żeglarza Tolkiena dokonane przez Krzysztofa Sokołowskiego, a także jego znakomity szkic O Tolkienie od nowa. Przez wiele lat uznawałem Sokołowskiego za najważniejszego tolkienistę w Polsce, bo trzeba tu także dorzucić jego eseik z „Małej Fantastyki” Kochajmy Tolkiena.
Po roku 1991 zostałem stałym odbiorcą „Gwaihirzęcia”. Zaczytywałem się wówczas szkicami Michała Błażejewskiego, który potem został recenzentem mojej pracy magisterskiej, oraz Tadeusza Olszańskiego, a jego Zarys teologii Śródziemia tak głęboko wrył mi się w pamięć, że kiedy przygotowywałem dla Anatomii Fantastyki #11 tomik jego szkiców, to uczyniłem z niego tytuł dla całej książki, mimo że ten tekst pojawił się w nim pod tytułem… Zarys teologii dzieła Tolkiena.
Tolkien a Kaczmarski – dlaczego właśnie oni są dla Ciebie ważni i czy pozostają nimi nadal po tylu latach?
Zarówno Tolkien, jak i Kaczmarski potrafili ubrać w słowa przeżywane przeze mnie emocje i co więcej – pojawili się z nimi w takich momentach mojego życia, kiedy najbardziej tego potrzebowałem (jak określił to Kaczmar w balladzie Dylemat: Najlepszy wiek, żeby najgłupszy wybrać cel). Kaczmarskiego poznałem zresztą bardzo późno, bo gdzieś pomiędzy 1988 a 1989 rokiem za sprawą kolegi z technikum, który miał całkiem sporą kolekcję kaset z piosenkami zakazanymi. Wcześniej nie tylko że nie przepadałem za poezją, również śpiewaną (od 1985 byłem fanem synthpopu, co się później przerodziło u mnie w miłość do el-muzyki, którą mam za dźwiękowy ekwiwalent fantastyki), ale nawet nie posiadałem magnetofonu kasetowego. Być może piosenki Jacka docierały jakoś do moich uszu, ale bez świadomości, kto jest ich twórcą (Przedszkole wykonywała przecież Dorota Stalińska). Prawdziwe uzależnienie zaczęło się, kiedy przesłuchałem jego trzy klasyczne programy Mury, Muzeum i Raj. Wtedy zrozumiałem, jaką potężną bronią dysponuje ten facet i sam zacząłem klecić rymy, zresztą z mizernym skutkiem.
Czy dostrzegasz podobieństwa między balladami Jacka Kaczmarskiego a motywami w dziełach Tolkiena – np. w kwestiach mitów założycielskich, bohaterstwa, walki z tyranią, oporu wobec zła systemowego? Jak to łączy się z polskim kontekstem historycznym (np. PRL, stan wojenny, transformacja)?
W tym pytaniu zawiera się odpowiedź. Każdy z nich na swój sposób wypowiadał stare zaklęcia ludzkości (o wpływie Herberta na poezję Kaczmarskiego można by napisać całkiem sążnistą księgę, a Tolkien mógłby być dla tej rozprawy prozatorskim kontrapunktem). Co więcej, Kaczmarski też był fanem Tolkiena i nawet poświęcił mu swoją Schedę po Tolkienie. Ale i wcześniej w jego tekstach pojawiały się motywy tolkienowskie, np. w Trollach, które są niemal glossą do Hobbita, choć przewrotną (trochę w typie Jeskowa), czy w mojej ulubionej Zbroi, która charakteryzuje postawę przedstawicieli wolnych ludów Śródziemia, stających przeciw Sauronowi – wypełniają swoją powinność, mimo że wydaje im się, że do jej spełnienia są za mali.
O tym, że twórczość Kaczmarskiego wyrasta z doświadczania przez niego polskiej historii, nie trzeba chyba nikogo przekonywać, natomiast związki prozy Tolkiena z naszymi dziejami są dużo bardziej skomplikowane. Zacząć trzeba od tego, że sam Profesor nie znosił alegorii i zżymał się, kiedy jego twórczość próbowano odczytywać na jeden tylko sposób. Autor, oddawszy jednak dzieło czytelnikom, nigdy nie ma wpływu na to, jak zostanie ono odebrane. Pisał wszak Kaczmarski w swoim Testamencie ’95:
Zostały jeszcze pieśni One
Już chcę czy nie chcę nie są moje
Niech cierpią los swój raz stworzone
Na beznadziejny bój z ustrojem
Sczezł ustrój a słowami pieśni
Wciąż okładają się współcześni
W Polsce stanu wojennego historia Gondoru heroicznie opierającego się potędze Mordoru została, nie tylko przeze mnie i moich kolegów z klasy (przypomnę – mieliśmy wówczas 13–14 lat), odczytywana była jako opowieść o Polsce lat 80. ścierającej się z Sowietami (a przecież Władca… został ukończony w 1949 roku, wydany zaś po raz pierwszy w latach 1954–1955). Istnieją też świadectwa, że podobnie traktowali go internowani więźniowie Jaruzelskiego. Michał Błażejewski opowiadał nam nawet na zajęciach, że dla tych urzeczonych Władcą… opozycjonistów ogromnym rozczarowaniem był… Hobbit, który w niczym im tamtej epopei nie przypominał. Tolkien zapewne zżymałby się na taką spłaszczającą interpretację, ale może przymknąłby na nią oko w drodze wyjątku dla naszego uciemiężonego i jakoś tam sympatycznego dla niego narodu.
Czy – twoim zdaniem – Tolkien (lub szerzej: literatura fantasy) pomógł w upadku komunizmu w Polsce? Jakie mechanizmy mogły tu zadziałać?
Chyba ostatnimi, którzy wierzyli, że jakiś twórca pomógł pokonać im wrogów, byli Spartanie, kiedy dziękowali Ateńczykom, że wysłali im wunderwaffe pod postacią podrzędnego poety Tyrtajosa. Upadek komunizmu, a tak naprawdę jego przepoczwarzenie (niczym w owadognostycznym cyklu Agla Radka Raka), było wynikiem wielu czynników, począwszy od ekonomicznych po geopolityczne. Zresztą, jak się przyjrzeć uważniej naszej codzienności, w której ubecy odzyskali przywileje emerytalne, przyznane im za to, że świetnie inwigilowali i skutecznie eliminowali opozycjonistów, którzy – poza beneficjentami Okrągłego Stołu – klepią współcześnie biedę i są wyzywani od oszołomów i prawicowych ekstremistów – to tak naprawdę nie wiem, czy można mówić o jakimkolwiek upadku komunizmu.
Jestem daleki od myślenia, że jakakolwiek twórczość ma siłę niszczenia politycznych systemów. Pisał zresztą o tym Kaczmarski w Murach, swobodnej wariacji na temat hymnu walczących o niepodległość Katalończyków, czyli piosenki L’estaca Lluisa Llacha. Śpiewak pozostaje sam, a ruchy masowe są zawsze niebezpieczne dla idei wolności, nawet jeśli ich uczestnicy pałają słusznym gniewem (spójrzmy chociaż na rewolucję francuską).
Natomiast literatura pełni wiele innych funkcji, które świetnie się sprawdzają w złych czasach: przechowuje pamięć o lepszych dniach, dodaje otuchy, budzi nadzieję, odwraca uwagę od własnego fatalnego położenia – to wszystko zawiera się m.in. w tolkienowskiej koncepcji eukatastrophe, ku której zmierza fabuła Władcy Pierścieni, czy o roli wyobraźni, która pozostaje sferą wolności – dlatego nie trzeba się wstydzić skłonności do fantazjowania.
Sprawą osobną, słabo chyba zbadaną, jest udział fanów fantastyki w ruchach antykomunistycznych w PRL. Z opowieści jednego z bardziej prominentnych działaczy fandomu gdańskiego z tamtych czasów wiem, że byli oni inwigilowani przez esbecję. Z drugiej strony – działacze podziemia ostrzegali ponoć przed wstępowaniem do GKF, bo ważnymi dla klubu postaciami byli oficerowie LWP.
W jaki sposób twórczość Tolkiena wpłynęła na twoje własne publikacje – teksty, felietony, recenzje?
To był swoisty katalizator dla mojej działalności publicystycznej i szerzej – fanowskiej. Uruchomił we mnie potrzebę wypowiadania się na temat tego, co przeczytałem, a także zgłębiania tego, co na ten temat sądzą inni. Choć, tak naprawdę, pierwsze udane wypracowanie poświęcone fantastyce napisałem dopiero w technikum (w podstawówce naprawdę nie lubiłem polskiego, a wypracowania były dla mnie prawdziwą mordęgą) i dotyczyło ono… filmowego Powrotu Jedi.
Kiedy zostałem w końcu członkiem Gdańskiego Klubu Fantastyki, do którego trafiłem głównie po to, by mieć dostęp do klubówek z literaturą fantasy, to się okazało, że mój klub lokalny, czyli Galactica, wydaje także własny fanzin. Zanim się jednak zdecydowałem zgłosić do redakcji, to klub zdążył się połączyć z Gatewayem, pisemko padło, powstał za to projekt ogólnogiekaefowskiego magazynu o prawdziwie profesjonalnym wyglądzie. Do pierwszego numeru „Czerwonego Karła” napisałem epitafium dla swojego pierwszego KL-u, ale potem zająłem się już zdecydowanie krytyką literacką. W tzw. międzyczasie powołaliśmy w nowym klubie – Angmarze – fanzin „Dragon Helm” i na dobry początek przetłumaczyłem do niego krótki fragment z Niedokończonych opowieści Tolkiena. Trzeba było trochę bezczelności i młodzieńczej brawury, by nie znając angielskiego i mając ledwie jako takie umiejętności literackie, brać się za tłumaczenie tak wymagającej prozy, ale fan fantastyki dla przedmiotu swojego uwielbienia jest w stanie poświęcić naprawdę wiele. Z czasem zrozumiałem, że ani tłumaczenia (udało mi się jeszcze przełożyć na polski jakąś przewrotnie genderową historyjkę z „MZB Fantasy Magazine” i to w 1992 roku), ani proza to nie są moje silne strony, została więc eseistyka. I w ten sposób, jako osoba, która szła na studia polonistyczne uprzedzona do poetyki i teorii literatury podjąłem się napisania pracy magisterskiej, której celem było stworzenie definicji literatury fantasy na polskim gruncie badań literackich. Kariery akademickiej jednak nie zrobiłem, choć dzięki temu, że redagowałem Anatomię Fantastyki, miałem okazję pracować z doktorami nauk humanistycznych i poprawiać ich teksty. A wszystko to dlatego, że obejrzałem kiedyś program, w którym ktoś polecił do czytania opasłe księgi nieznanego wówczas w Polsce autora.
Jakie publikacje wydawał lub wydaje Gdański Klub Fantastyki na temat twórczości Profesora? (np. numery „Czerwonego Karła”, „Anatomii Fantastyki”, monografie, leksykony itp.)
Najważniejsze tolkienowskie publikacje GKF powstały w serii, a przez pewien czas Kwartalniku Krytycznoliterackim, Anatomia Fantastyki (na początku były to tzw. numery monograficzne „Czerwonego Karła” – głównie dlatego, że mieliśmy dla tego tytułu ISSN, o ISBNach nawet nie pomyśleliśmy, chociaż tak naprawdę te monografie to były regularne książki). Warto dodać, że pierwszą polską książką tolkienistyczną była wydana przez gdańskie wydawnictwo Phantom Press publikacja Michała Błażejewskiego J.R.R. Tolkien. Powiernik pieśni. Nasza Kultura Śródziemia w końcu trzeciej i na początku czwartej ery Beaty Iwickiej była chyba drugą pozycją tolkienowską wydaną w Polsce (równolegle ukazała się antologia J. R. R. Tolkien. Recepcja polską pod red. Jakuba Z. Lichańskiego). Stał się więc Gdańsk, na pewien czas, stolicą tolkienowskiej refleksji w Polsce, zwłaszcza jeśli dodamy do tego książki Tadeusza Olszańskiego Zarys teologii Śródziemia i inne szkice tolkienowskie oraz Artura Kawińskiego Tolkien. Barwy pieśni, a potem dołączyła do tej trójki Tolkienowska koncepcja fantasy mitopoetycznej Konrada Dziadkowiaka. Obok tych stricte tolkienowskich pozycji pojawiały się jeszcze teksty, dla których twórczość Tolkiena była istotnym odniesieniem, jak np. Czytając fantasy… Grażyny Lasoń-Kochańskiej, Idee religijne w literaturze fantasy. Studium fenomenologiczne Jolanty Łaby czy Baśnie zbyt prawdziwe. Trzydzieści lat fantasy w Polsce Małgorzaty Tkacz. O pojedynczych esejach, które trafiały na łamy „Dragon Helma”, „Czerwonego Karła” czy innych naszych publikacji pisałem w osobnym opracowaniu Publikacje GKF na tropach Śródziemia, które można znaleźć na naszej stronie internetowej.
GKF wydawał dwa fanziny mocno nawiązujące do Śródziemia nazwą lub zawartością: „Nazgul” (związany z KF Mordor) oraz „Dragon Helm”. Możesz opowiedzieć o nich więcej – jak powstały, jaka była ich tematyka, jak długo ukazywały się i jaka była ich rola w fandomie?
„Nazgul” ukazał się tylko dwukrotnie, choć był zapowiedziany numer trzeci i prawdopodobnie były zebrane do niego choćby częściowo materiały. Fanzin wystartował w roku 1988 i wydawał go Klub Fantastyki Mordor. Niestety niewiele mogę powiedzieć na temat działalności tego klubu, ponieważ było to towarzystwo zdecydowanie elitarne. Mordorczycy byli metalami, a ja zawsze słuchałem trochę lżejszej muzy. Apogeum ich działalności przypadło na czasy sprzed mojej akcesji do klubu, a kiedy już zostałem członkiem GKF, to ich aktywność wyraźnie osłabła i wkrótce ci, którzy nadal chcieli się bawić w fantastykę, przenieśli się do KF Collaps. Najbardziej żałuję tego, że nie poznaliśmy zapowiadanych w numerze drugim „Nazgula” Pamiętników Morgotha ani dalszej części przygód Eddiego, które na łamach tamtego fanzinu spisywał Kazimierz Minko. To były całkiem sprawnie napisane i dosyć interesujące fanfiki poświęcone postaci wykreowanej przez zespół Iron Maiden.
Zasadniczym założeniem „Dragon Helma” było publikowanie numerów zbudowanych wokół jakiegoś motywu przewodniego. Nie zawsze był on związany z Tolkienem, bowiem dość szybko się okazało, że tego typu materiałów nie uda nam się zgromadzić tyle, by złożyć z nich cały numer. Szukaliśmy więc innych inspiracji, choć zawsze się staraliśmy, żeby choć jeden tekst odwoływał się do Śródziemia, nawet gdyby to był tylko MERP. Po ośmiu numerach wydawanie pisma zostało jednak zakończone, a pożegnalny numer liczył aż 56 stron.
W latach 90. prowadziłeś rubrykę „Tolkiennews” w „Informatorze Gdańskiego Klubu Fantastyki”, skupiając się na życiu fandomu i jego publikacjach. Przygotowując prelekcję „Tolkienalia w „Fantastyce” i „Nowej Fantastyce”, zauważyłem, że Tolkien był wtedy bardzo mocno promowany. Możesz opowiedzieć o fanach Tolkiena ze swojego pokolenia – kim byli, jak się spotykali, co ich najbardziej kręciło?
W latach 90. nie było jeszcze filmów, poza awangardową animacją Bakshiego, do którego stosunek mieliśmy raczej ambiwalentny. Pojawiły się już jakieś gry, np. planszowa Bitwa na Polach Pelennoru czy erpegowski system MERP. Być może były jakieś gry komputerowe lub wideo, ale mnie do dzisiaj nie zajmuje ten typ rozrywki. Głównym tematem naszych rozmów były oczywiście książki Tolkiena i o Tolkienie. Ci, którzy znali angielski i mieli dostęp do zagranicznych nowości, opowiadali pozostałym, co przeczytali. Najważniejszym medium pozostawało więc słowo i jego zgłębianiem się zajmowaliśmy. To były swoiste seminaria, a najciekawsze były działania Parmadilich ze Śląskiego Klubu Fantastyki, którzy mieli dobre kontakty z tolkienowskimi stowarzyszeniami w Wielkiej Brytanii, oraz Bractwa Uczonych Królewskiego Miasta Annuminas, wydających fanzin „Vingilote”.
Spotykaliśmy się głównie w trakcie Polconów, czasami na Seminariach Literackich w Katowicach; wszędzie tam, gdzie było dwóch lub trzech tolkienistów, samorzutnie powstawał minicon. Były też próby organizowania jakichś odrębnych tolkienowskich imprez, ale w żadnej nie uczestniczyłem. W przeciwieństwie do standardów brytyjskich czy amerykańskich – polscy fani Tolkiena nie dystansują się od reszty fandomu i uczestniczą w tych samych imprezach.
Paradoksem naszych czasów jest to, że kiedy znalezienie kogoś, kto nie ma pojęcia, o czym jest Władca Pierścieni to nie lada wyczyn, intensywność tolkienowskiego życia wygląda na znacznie mniejszą niż 30 lat temu. Po pierwsze, sporo aktywności przeniosło się do Internetu, a po drugie – kiedyś tworzyliśmy środowisko na swój sposób kontrkultorowe, dalekie od mainstreamu, a dziś Tolkien staje się coraz bardziej produktem popkultury i tylko prawdziwie oddani miłośnicy podchodzą do jego dzieł z szacunkiem.
Czy w działalności GKF Tolkien był kiedykolwiek centralnym tematem konwentów lub warsztatów – np. podczas Nordkonów czy zwłaszcza Eurokonu 2000 w Gdyni? Jakie były reakcje uczestników na takie bloki programowe?
Tak na dobrą sprawę, to nigdy do czegoś takiego nie doszło. W trakcie Eurokonu 2000 w Gdyni organizację bloku spotkań tolkienowskich powierzyłem mojemu koledze z ŚKF Tomaszowi Gubale, który prowadził go wspólnie z Ryszardem Derdzińskim. I wstyd przyznać – miałem w trakcie tamtego konwentu tyle obowiązków, że się nie pojawiłem na żadnym punkcie tolkienowskiego programu. Na fali sukcesów filmów Jacksona jeden z naszych Nordkonów zorganizowano pod hasłem Druga Narada u Elronda, ale ja w tym konwencie nie uczestniczyłem, bo w 2002 roku przyszła akurat na świat moja pierworodna córka i miałem ważniejsze sprawy na głowie.
Powtórzę jednak to, co powiedziałem już wcześniej – mimo że nie traktowaliśmy tolkienistyki w GKF priorytetowo, to w pewnym okresie uczyniliśmy z Gdańska jedno z najważniejszych w Polsce centrów badań nad twórczością Profesora. Gdybyśmy wówczas wiedzieli to, co parę lat temu odkrył Ryszard Derdziński, że przodkowie Tolkiena wyjechali do Londynu z Gdańska, pewnie nie odpuścilibyśmy tak łatwo. Ale pewne sprawy związane są z naturalnymi procesami, których nie da się zatrzymać. Nie zapominamy jednak o Tolkienie i piszemy o nim, kiedy tylko nadarzy się jakaś okazja.
Jak wygląda ewolucja i rozwój polskiego fandomu tolkienowskiego od lat 80./90. do dziś? Z twojej perspektywy – co zmieniło się na lepsze, a co na gorsze?
Wspomniałem o tym już powyżej: pojawiły się nowe media (filmy, seriale, gry), kanały komunikacji (Internet) oraz dostępność do dzieł Profesora (dziś większość licealistów w Polsce biegle mówi, czyta i pisze po angielsku, w latach 80. i 90. była to umiejętność rzadka). Dawniej traktowaliśmy Tolkiena niemal jak świętość (powszechnie nazywaliśmy Silmarillion Biblią Śródziemia i z szacunkiem podchodziliśmy do jego katolicyzmu). Dziś nawet niektórzy potomkowie Tolkiena biorą udział w burzeniu jego wizerunku i godzą się na dopisywanie do jego twórczości treści, z którymi nigdy nie było mu po drodze. Za 17 lat teksty Tolkiena wejdą do domeny publicznej i aż strach się bać, co się wówczas będzie wyprawiało, skoro nawet dziś spadkobiercy pozwalają obchodzić się z nimi bez rewerencji. Niemniej nie brakuje jeszcze i takich inicjatyw, jak ta Ryszarda Derdzińskiego, który odkrył rzecz naprawdę niesamowitą i z której, jako Gdańszczanin (jakże mnie irytuje ta nowelizacja ortografii w zakresie wielkiej litery dla nazw mieszkańców!), jestem naprawdę dumny. Miło jest pomyśleć, że któryś z przodków Tolkiena był poddanym polskiego króla i mieszkał w moim rodzinnym mieście! Bez nowych metod zbierania informacji i badania źródeł nie byłoby to możliwe. Obecność dzieł Tolkiena w popkulturowym mainstreamie, o czym kiedyś nawet nie mogliśmy marzyć, jest też nadzieją na to, że wśród nowych jego fanów, znajdą się i tacy, którzy będą jego twórczości bronili przed zbrukaniem, kiedy nas już zabraknie.
Jaki wpływ wywarła twórczość J.R.R. Tolkiena na polską literaturę fantasy – zarówno w latach 90., jak i dzisiaj?
Gdyby nie II wydanie Władcy Pierścieni z 1981 roku narodziny fantasy w Polsce na pewno odsunęłyby się w czasie (pierwsze teksty fantasy zaczęły się pojawiać u nas w roku 1982), a sama konwencja przyjęłaby inną postać (np. awanturniczo-przygodowego romansu w aurze niezwykłości). W przeciwieństwie do Zachodu myśmy czerpali swoją wiedzę na temat fantasy z najbardziej wzniosłego, mitotwórczego wzorca. Tolkien pozostaje do dzisiaj punktem odniesienia, wobec którego orientują się wszyscy autorzy fantasy i nawet jeśli chcą go odrzucić, to i tak muszą zmierzyć się z jego postulatami i praktyką twórczą. Popularność Władcy… napędzana przez film, nie ułatwia sprawy tym, którzy marzą o pójściu zupełnie własną drogą, ponieważ wizja Tolkiena nadal dominuje nad tą odmianą tematyczną fantastyki.
Filmy z uniwersum Tolkiena (głównie trylogia Petera Jacksona, ale też nowsze produkcje) kontra książki – co twoim zdaniem dzisiaj mocniej wpływa na rozwój zainteresowania Tolkienem wśród nowych czytelników?
Nie mam wątpliwości, że są to filmy, ale nie mam też złudzeń, że gdyby nie one – nie byłoby tylu nowych czytelników. Każdy z nich zaś to potencjalny nowy miłośnik prozy Tolkiena, a być może i ktoś, kto będzie podchodził do jego dzieła z szacunkiem. Zresztą ja sam dowiedziałem się o Władcy… z programu telewizyjnego, więc nie będę udawał świętszego od papieża.
Jakie największe wyzwania stoją dzisiaj przed polskim fandomem tolkienowskim – np. w dobie mediów społecznościowych, globalnych platform streamingowych (Prime, HBO), memów i szybkiej konsumpcji treści?
Życzyłbym sobie tylko jednego, żebyśmy znajdowali więcej okazji i czasu na spotkania w realu. Tego mi najbardziej dziś brakuje, ale sam nie jestem bez winy, bo praktycznie nie odwiedzam już konwentów poza Trójmiastem.
Na zakończenie – czy polecasz jakieś mniej znane dzieła Tolkiena polskim czytelnikom i dlaczego? Albo co chciałbyś jeszcze powiedzieć o Tolkienie i polskim fandomie?
Ciężko mi wybrać jakieś mniej znane dzieło Tolkiena, bo sam nie przeczytałem wszystkiego, co jest dostępne po polsku. Polecam zatem dwie bardzo dobre biografie, które naprawdę zmieniają sposób patrzenia na osobę oraz twórczość Profesora. Chodzi mi o Tolkiena i I wojnę światową Johna Gartha oraz Wiarę Tolkiena Holly Ordway. To dzieła fundamentalne dla zrozumienia pisarstwa Tolkiena. No i nowa rozszerzona wersja Listów – powinny stać na półce każdego tolkienisty i być podczytywane w miarę możliwości regularnie.
Kategorie:
- Akcje
- Czasopisma
- Duchologia
- Fandom
- Fantastozofia
- fantastyka
- Filmy
- Fun
- Historia
- Książki
- Kultura
- Ogólne
- Online
- Opowiadania
- Popkultura
- PRL
- przemyślenia
- Publicystyka
- Spotkania
- Sprawy klubowe
- Wywiady
- Własna twórczość
Tagi:
- #adaptacje
- #Angmar
- #badania popkulturowe
- #bohaterstwo
- #czasopisma
- #Czerwony Karzeł
- #Dragon Helm
- #droga która się nie kończy
- #fandom
- #fantastyka
- #Fantasy
- #fanziny
- #filmy
- #GKF
- #Informator GKF
- #klub miłośników fantastyki
- #kluby
- #KMF SAGITTA
- #kmf11
- #kmfsagitta.pl
- #komuna
- #konwenty
- #Kruszon
- #literatura
- #online
- #pisarze
- #polityka
- #polski fandom
- #popkultura
- #PRL
- #Sagitta
- #sagittarianie
- #spotkania
- #Śródziemie
- #Tolkien
- #Twoja wizja fantastyki
- #upadek komunizmu
- #walka dobra ze złem
- #walka z tyranią
- #wspomnienia
- #wywiady
- #Władca Pierścieni
- #zima z Sagittą
Nie udało się załadować powiązanych wpisów.





Komentarze z Kosmosu