Przewijanie do góry

Proza dla każdego – wywiad z Andrzejem Pilipiukiem

02/26/2025 | Cthulhu

Tworzy Pan od przeszło 30 lat. Jak z tej perspektywy można ocenić polską literaturę fantastyczną? Kogo warto wspomnieć i jakie tytuły?

Jarosław Grzędowicz – to zdecydowanie zawodnik pierwszej ligi. Szkoda, że tak niewiele pisze. Na pewno warto zapoznać się z cyklami stworzonymi przez Feliksa W. Kresa i Andrzeja Ziemiańskiego. Z nowszych produkcji bardzo pozytywne wrażenie zrobiła na mnie saga o kociołku M. Mortki.

Przez te 30 lat przeszliśmy bardzo długą drogę. W końcu lat 90. polską fantastykę drukowało – z wielkiej łaski i z wielkim fochem tylko jedno wydawnictwo. Znałem praktycznie wszystkich polskich pisarzy zajmujących się orką na fantastycznych ugorach. Dziś polska fantastyka to 60-80 nowych tytułów rocznie. Trudno nawet prześledzić, co ciekawego się dzieje.

Kiedyś na nakład pięciocyfrowy mógł liczyć jedynie intensywnie promowany Sapkowski. Pozostali poważni autorzy cieszyli się, gdy raz na kilka lat wydrukowano im książkę w nakładzie 3 tys. szt. Dziś nakłady po 20-30-40 tys. nie są dużą rzadkością.

Kiedyś poważny konwent to było 200 uczestników. Dziś te największe mają po kilkadziesiąt tys.… Żyjemy w świecie o wiele bogatszym, wspanialszym i ciekawszym niż wtedy. Cieszę się, że mogłem brać udział w tej wielkiej budowie i dołożyć trochę swoich cegiełek do rozwoju naszego ruchu.

Jedyne, co mnie martwi to niektórzy przedstawiciele młodego pokolenia, którzy nie znając etosu fandomu i nie mając dla naszego ruchu żadnych realnych zasług usiłują się rozpychać łokciami…

Pisał Pan m.in. do Nowej Fantastyki czy Feniksa. Czy może się Pan podzielić anegdotami związanymi ze środowiskami czasopism fantastycznych?

To temat na całą książkę. Widziałem część fantastycznej kolekcji malowanych figurek żołnierzyków Feliksa W. Kresa. Poznałem koty Ewy Białołęckiej, Anny Brzezińskiej i Mai Lidii Kossakowskiej. Warcholiłem po knajpach z kompaniją pod wodzą Jacka Komudy. Śpiewałem rosyjskie i ukraińskie czastuszki z Andrzejem Sapkowskim, pływałem w grudniu w Bałtyku ku zgrozie uczestników konwentu Nordcon. Poznałem członków „Samobójczego oddziału goblińskiego” (wszyscy przeżyli). Zdążyłem poznać Krzysztofa Borunia i kilku innych nestorów naszego ruchu. Słuchałem wykładu wybitnego popularyzatora kosmonautyki – Andrzeja Marksa.

Ulubiony konwent, na który lubi Pan wracać to…

Z łezką w oku wspominam dawne Krakony w Krakowie i R-kony w Rzeszowie. Lubię odwiedzać Falkon w Lublinie – niestety w tym roku połamałem paskudnie nogę i muszę zostać w domu. Bardzo lubię też Dni Jakuba Wędrowycza. Z kolei Targi Fantastyki czy Pyrkon dają okazję zobaczenia, co ciekawego robią nasi rzemieślnicy i artyści. Fandom obrósł własną sztuką…

Często jest Pan zapraszany przez DKK do różnych miast i miasteczek. Jak wygląda zainteresowanie fantastyką w tzw. Polsce powiatowej?

Myślę, że zainteresowanie jest spore – czego dowodem są konwenty organizowane w naprawdę niewielkich miejscowościach. Pandemia Covidu mocno przeorała nasz fantastyczny światek, teraz to wszystko powoli odbudowuje się, wraca dawny duch.

Czy sztuczna inteligencja ma szanse wygryźć pisarzy z zawodu? Mamy się czego obawiać?

W tej dekadzie na pewno nie. A.I. jest ciągle jeszcze bardzo głupia. Za 10-15-20 lat? Kto wie. Poza tym dlaczego zawsze myślimy pesymistycznie? W kategoriach jakichś buntów maszyn i rugowania człowieka z zawodów? Czemu zaraz „wygryźć”? Widzę przyszłość tak: Ja będę leżał pod palmą, wymyślając fabuły i bohaterów, komputery napiszą mi te książki, a honoraria zagarnę do własnej kieszeni.

Jakub Wędrowycz na stałe wszedł do polskiego folkloru, stał się ruralnym bohaterem, na którego nie zasługujemy, przy okazji opowiadania z egzorcystą amatorem stały się opus magnum w twórczości. Czy Jakub jest dla Pana klątwą?

Ależ skądże – klątwa nie spłaca człowiekowi odsetek od kredytów mieszkaniowych. Lubię pisać o tym starym wrednym dziadydze. Popularność zdobył – nie przeczę – to 135 opowiadań i 3 mikropowieści zebrane w dziesięciu tomikach. Na naszym fantastycznym poletku pobił mnie tylko Eugeniusz Dębski cyklem o Owenie Yatesie – natrzaskał bodaj 15 tomów.

W przeciwieństwie do wielu kolegów po piórze myślę, że nie dałem się zaszufladkować. Fantastyka na wesoło: Wędrowycz, Wampiry z warszawskiej Pragi i Upiór w ruderze, to raptem 30% moich książek. W mojej prozie każdy znajdzie coś dla siebie – humor, fantastyka bliskiego zasięgu, coś dla kobiet, coś dla młodszego czytelnika, podróże w czasie – jest w czym wybierać.

Dla ciekawych – „Po drugiej stronie książki”, czyli wywiad rzeka, w którym ukazuję i szczegóły mojej drogi i genezę wielu tekstów oraz „Raport z Północy” – zapis refleksji z moich podróży po Szwecji i Norwegii, ale zarazem także książka o kulturze i coraz bardziej ponurej teraźniejszości Skandynawii. Przez dwadzieścia lat przemierzania tamtych krajów sporo zobaczyłem. A wnioski nie są optymistyczne.

Czy będą kolejne opowiadania crossoverowe?

W tomie „Drogi przez morze” prawie spotkają się dr Skórzewski i R. Storm. Czasem lubię puścić oko do czytelnika, nawiązać do innych tekstów mojego autorstwa. Lubię też czasem pokazać pewne wydarzenia z innej perspektywy.

Albo trochę odwrócić kota ogonem i zrobić woltę fabularną – tak w VII tomie „Oka Jelenia” – gdzie pewne rzeczy, które na końcu tomu VI wydawały się już załatwione pokazuję z innej perspektywy.

Czy zamierza Pan wprowadzić nowych bohaterów do uniwersów Wędrowycza i Storma/Skórzewskiego?

Zapewne tak – każde żywe uniwersum obrasta nowymi bohaterami, nowymi pomysłami. W przypadku Wędrowycza pojawiają się nowi wyraziści bohaterowie w klanie Bardaków. Robert Storm ma szansę poukładać sobie życie z dziewczyną. Doktor Skórzewski wędruje samotnie – ale liczę, że luki w jego życiorysie zapełni jeszcze drugie tyle przygód. W 2026 zamierzam go wysłać na Ałtaj.

Czy istnieją dla Pana tematy tabu? Wątki, postacie, fakty, ciekawostki, których lepiej nie dotykać?

Piszę o wszystkim, co wydaje mi się interesujące. Nie boję się tematów trudnych – choć raczej omijam to, co szczególnie smutne lub obrzydliwe. Nie znoszę turpizmu, neguję przekonanie, że „prawdziwy” bohater literacki musi cierpieć. Nie lubię pokazywać chamstwa, prymitywnych zachowań, zła. Wątki erotyczne umieszczam raczej nieczęsto i tylko, gdy mają uzasadnienie fabularne. Wolę, gdy moi bohaterowie zmagają się z bezrozumnymi siłami natury niż ze złymi ludźmi.

Niestety nie da się ukryć, że mamy w naszym kraju sporą grupę ludzi nieodpornych na jakąkolwiek krytykę. Za „Raport z Północy” zwolennicy politycznej poprawności przylepili mi kilka łatek. Minęło 7 lat od publikacji – w Skandynawii mamy, zgodnie z moimi przewidywaniami, szokującą falę przestępczości. A ja? No cóż – do dziś nie doczekałem się przeprosin od „recenzentów”. Epilog „Upiora w Ruderze” gdzie delikatnie wyszydziłem kilka postępackich pomysłów też wywołał histerię w kilku środowiskach. Opowiadanie „Czasy, które nadejdą” to ostrzeżenie przed możliwą bardzo paskudną i zdehumanizowaną przyszłością – w tym przypadku też chyba niechcący uderzyłem w jakiś stół…

Ale w zasadzie każdy pisarz musi się liczyć z tym, że nawet pisząc prawdę boleśnie nadepnie na różne odciski.

Jakich pytań w wywiadach Pan najbardziej nie lubi?

Szczerze powiedziawszy nie zetknąłem się z takimi. Raz jedna dziennikareczka z tv umówiona na wywiad o książkach usiłowała gadać ze mną o polityce. Ale usadziłem ją krótko i ostro.

Czy ma pan rady dla młodych pisarzy i jakie?

Po pierwsze: to jest zawód, gdzie umiejętności zdobywa się pisząc. Trzeba napisać 500-700-1000 stron zanim osiągnie się minimalną biegłość w operowaniu językiem.

Po drugie: żeby uprawiać ten zawód potrzebna jest ogromna samodyscyplina.

Po trzecie: żeby fajnie pisać potrzebna jest szeroka wiedza interdyscyplinarna oraz krąg znajomych, z którymi można to i owo skonsultować oraz oczytanie, by porobić aluzje do różnych dzieł literackich, które wyłapie wytrawny czytelnik.

Po czwarte: nie ma z tego kokosów, nie ma szybkich zysków. Żeby coś znaczyć w tym środowisku, żeby zdobyć rozpoznawalność i grono fanów trzeba wydać kilkanaście książek w tempie minimum dwie rocznie. Jeśli chcecie w ten sposób zarobić na willę i harem – to zalecam inny zawód.

Po piąte: jak po sukcesie książki woda sodowa uderza do głowy to jest to oczywiście bardzo przyjemne uczucie, ale lepiej tego nie okazywać na zewnątrz, bo jednak obciach.

Czego możemy się spodziewać w 2025 roku? Integrali, zbiorów opowiadań, a może czegoś innego?

W połowie lutego – XV zbiór opowiadań bez Jakuba pt. „Drogi przez morze”. Będzie zawierał 3 dłuższe opowiadania – w tym dwa z Robertem Stormem. Piszę XI tom Wędrowycza, właśnie dobijam połowy objętości. Na jesień też coś tam szykuję – pomalutku.

W wolnych chwilach pracuję nad książką dla młodszego czytelnika, takiego 8-12 lat. Będzie to historia o trollach, które po wielu latach spędzonych na emigracji wracają na wyspę swoich przodków. Kończę prace nad pierwszymi trzema tomami tej opowieści i nie wykluczam, że cykl może liczyć jeszcze kilka kolejnych tomów.

Zabrałem się za pracę regionalistyczną – tworzę monografię historyczną moich rodzinnych Wojsławic. Poprzednia wydana została w 2012 roku. Zdobyliśmy nowe zdjęcia, nowe informacje, pojawiły się nowe opracowania i dokumenty. Zakres wiedzy bardzo się poszerzył.

W najbliższym czasie można się też spodziewać komiksu „Krasnoludy” który wedle scenariusza mojego i mojej żony narysował Zbyszek Larwa. Wznowimy pierwszy album oraz uzupełnimy historię o album drugi. Trzeci – na deskach kreślarskich… Walka trwa!

Serdecznie dziękujemy za wywiad! Życzymy kolejnych tysięcy, a nawet milionów sprzedanych egzemplarzy książek, ekranizacji i zagranicznych wydań oraz nieustającej weny!

Kategorie:

Tagi:

Nie udało się załadować powiązanych wpisów.

Komentarze z Kosmosu

Zostaw komentarz

Przewijanie do góry